dcsimg
Bajka o Koziołku, który chciał latać

Feliks miał na imię nasz koziołek. To znaczy szczęśliwy, bo tak tłumaczy się to imię. I chyba Feliks był szczęśliwy. Przynajmniej wszyscy tak myśleli. Gospodyni, inne zwierzęta. Przecież biegał sobie po łące, zielonej trawy miał pod dostatkiem, a do roboty nic szczególnego. Ot, domu trochę popilnował, obcych przez bramę nie wpuszczał. Nastawiał ostre rogi i galopował na nieproszonych gości. Rzadko kto odważył mu się przeciwstawić. Najwyżej gospodyni łapała opornego koziołka za rogi i zamykała w obórce.

Co tam jeszcze musiał robić? A prawda, trochę chwastów w sadzie wyskubać. Ale Feliksowi bardziej smakowały rozkwitłe stokrotki pieczołowicie podlewane przez gospodynię w przydomowym ogródku. Pachnąca uczta kończyła się najczęściej tym, że gospodyni łapała łasucha za rogi i odprowadzała koziołka. Dokąd? Wiadomo, do obórki.



Życie Feliksa płynęło więc bez wstrząsów i, co najważniejsze, w otoczeniu przyjaciół. Tych ostatnich miał bowiem bez liku. Zwierzęta szanowały koziołka. Tak dla jego ostrych rogów jak i szeroko znanej mądrości. A skąd ta mądrość się Feliksowi wzięła? Z książek! Feliks często słyszał, jak gospodyni pouczała swoje dzieci. Żeby dużo książek czytały, bo w nich się mądre słowa znajdują. Feliks bardzo sobie jej rady wziął do serca. Jak tylko jakąś książkę znalazł, zaraz ją zjadał! Była to najkrótsza droga, jaką znał, żeby posiąść ich mądrość. Każdy zapisany skrawek papieru, każda gazeta, stawały się dla niego wyzwaniem. Cierpliwie przeżuwał zadrukowane strony, aż wreszcie lądowały w jego brzuszku. Raz zjadł nawet podręcznik do matematyki. Do trzeciej klasy! Od tego czasu znał się na ułamkach... 
A przynajmniej myślał, że się na nich zna.
Czy był więc szczęśliwy? Pewnie, że był. Było tylko jedno małe "ale"...
A może wcale nie takie małe? Feliks ukrywał w sobie niezwykłe marzenie... Chciał latać!

Kiedy gryzł trawę w rowie i podnosił pysk do góry, widział jaskółki śmigające po niebie. Szybujące bociany. Polujące jastrzębie. Skowronki fruwające nad polem... Latały wysoko, wysoko! Jaki piękny musiał być widok. Tam, w górze! A Feliks musiał stać w rowie. Stał więc i przeżuwał koniczynkę, ciężko wzdychając od czasu do czasu.

Brykający nieopodal Karuś, źrebaczek, popatrywał na niego ciekawie.
-Chyba ty, Feliksie, lewą nogą dzisiaj wstałeś? - zarżał cienko.
- A co tobie do mojego humoru?- zgryźliwie burknął koziołek z pełnym pyszczkiem.
- Taki ładny dzień, a ty wdychasz i wzdychasz. Może ci w czymś pomogę?

Feliks chciał fuknąć, że taki młody źrebak jak Karuś za mało wie o świecie, żeby pchać się ze swoimi radami. Ale mały konik tak przyjaźnie zaglądał mu w oczy, że Feliks tylko pobłażliwie potrząsnął głową.

- Ech, ty, młodziku. O czym ty możesz mieć pojęcie? Przecież i tak nic nie wiesz o lataniu?
- O lataniu? O lataniu?

Karuś wytarzał się na grzbiecie, prychając wesoło.
- Uśmiałem się jak koń! A co chcesz wiedzieć o lataniu? My, konie, galopujemy tak szybko, że nie musimy mieć skrzydeł. Na chwilę przestał jednak brykać i w skupieniu wpatrzył się w widnokrąg.
- Chociaż...- dodał po głębszym zastanowieniu - gdyby tak galopować z odpowiednią prędkością i tuż przy horyzoncie wskoczyć na chmurę? To kto wie...? Chyba by się już biegało po niebie? Podobno jeden koń już tam trafił, ale widać go tylko w nocy. Tak mi mama mówiła.

Feliks aż przestał skubać trawę. W zadumaniu popatrywał na małego źrebaka. Wskoczyć na chmurę? Kto wie? Ale Karuś zbyt był zajęty swoimi własnymi myślami, żeby zauważyć zdziwienie koziołka.
- Wiesz co? - parsknął niecierpliwie. - Najlepiej zapytam mamę.

I pogalopował przez łąkę tak prędko, że aż trzepotała mu grzywa.
Feliks pozostał sam. Jakieś myśli plątały mu się w głowie, ale nie mógł ich rozplątać. A że zawsze mu się lepiej myślało, kiedy coś przeżuwał, wyruszył na poszukiwanie czegoś smacznego. O, proszę! Sznurek do wieszania bielizny! Rozciągnięty między drzewami wyglądał jak długie, pyszne spaghetti. Tylko jak go dosięgnąć? Okręcony wokół drzewa, koniec sznurka zwisał nie aż tak wysoko... Jak to było? Na pochyłe drzewo?... Nie, to nie tak. Ale jakby oprzeć kopytka o pień drzewa i trochę podskoczyć?...
Udało się! Koniec sznurka szarpany niecierpliwymi pociągnięciami koziołkowych zębów wysunął się z supełka pracowicie zrobionego przez gospodynię. Feliks nareszcie mógł zacząć przeżuwać. To znaczy, rozpocząć myślenie! Ale choć żuł sznurek i żuł, nic mądrego nie przychodziło mu do głowy.

W pełnym milczenia skupieniu przeszkodził mu szelest liści. Koziołek pomyślał, że to pewnie idzie prosię, co ma zawsze muchy w nosie. Ale to niemożliwe, dopiero co kąpał się w błocie! Wyciągnął nieco szyję i kątem oka dostrzegł kurę przemądrzałą, która szukała tłustych robaczków z drugiej strony krzaka. Kura miała opinię bardzo przemądrzałej, bo na każdy temat miała własne zdanie. I oczywiście, wszystko wiedziała najlepiej.

- Hm, hm - chrząknął koziołek, żeby zaznaczyć swoją obecność. - Co tutaj robisz, kuro przemądrzała?
- To samo, co ty! - zagdakała zadziornie. - Szukam czegoś smacznego na południową przekąskę.
Pogrzebała pazurkami w wilgotnej ziemi, żeby podkreślić prawdziwość swoich słów. Koziołek obserwował ją ze spokojną zadumą, powoli przeżuwając resztki sznurka.
- Kuro przemądrzała, podobno wiesz wszystko! - zagadnął ją sprytnie.
- Tak mówią, tak mówią - pióra wokół dzioba przykryły zadowolenie rozlewające się na kurzych policzkach. 
-Powiedz mi, jak to jest? Tak umieć latać?...
- Ko, ko, ko. To nic trudnego - napuszyła się dumnie przemądrzała. - My, kury, umiemy to doskonale. 

Feliks zbliżył do kury swą brodatą głowę i przyjrzał się jej ciekawie.
- Nigdy nie widziałem żadnej z was. Tam, na niebie?
- A czego mamy tam szukać? - obruszyła się kokoszka. - Wszystko, czego potrzebujemy, jest tutaj. Na dole.
- Ko, ko, ko, ko!!! - wrzasnęła nagle, kiedy zza krzaka wybiegł Imbir. Pies, pilnujący porządku na podwórku. I tak się przestraszyła, że machnąwszy parę razy skrzydłami, wzleciała na pobliski płotek. 

Koziołek pokręcił głową z zadziwieniem. No, no! Kura przemądrzałą wcale nie kłamała. Siedziała teraz wyniośle na drewnianych sztachetkach i dumnie łypała okiem. Żeby jeszcze bardziej zadziwić koziołka, machnęła parę razy skrzydłami ... i z wielkim gdakaniem zleciała na dziób z drugiej strony płotu.
Na szczęście dla niej, Feliks nie widział jej upadku. Taki był zajęty myśleniem, że cały świat przestał dla niego istnieć. Nie dowiedział się też nigdy, że zawstydzona kura zapisała się potem do bocianiej szkoły latania. Ale że to przeważnie siedziała w oślej ławce, zrezygnowała z nauki w środku lata...
Imbir podrapał się tylną lewą łapą za lewym uchem. Kiedyś próbował się podrapać tą samą łapą za prawym uchem, ale marnie się to skończyło. Nie tylko drapanie się nie udało, ale wszystkie łapy się poplątały. I długo trwało, zanim się dały rozplątać. Bo też Imbir to był pies, jak się patrzy! Olbrzymi bernardyn samym wyglądem wzbudzał posłuch na podwórku. I zwierzęta szanowały jego rady. Co prawda zawsze długo myślał, zanim wygłosił swoją opinię. Ale jak już coś powiedział, to powiedział. Rozumnie bardzo.

- Tyś chyba zjadł sznurek od wieszania bielizny, Feliksie? - zagadnął uprzejmie, obserwując resztki zwisające z pyska koziołka.

Feliks uznał pytanie za niestosowne, więc nawet nie raczył odpowiedzieć. 

- To oczywiście nie moja sprawa - ziewnął Imbir nonszalancko i zakręcił się wokół ogona. - Ale widziałem właśnie, że gospodyni kończy robić pranie. Mam wrażenie, że nie będzie zadowolona, jak nie znajdzie tego sznurka? Hm, hm. To była wiadomość, której warto było poświęcić chwilę uwagi. Z gospodynią nie było żartów. Wiadomo, to najważniejsza osoba na podwórku. Chyba nie trzeba tłumaczyć, dlaczego. Niespiesznie, żeby nie było, że się przestraszył, koziołek opuścił niebezpieczne miejsce i podreptał w stronę podwórka. Imbir wesoło ruszył za nim. Po drodze minęli gospodynię niosącą pełną miednicę wypranej pościeli. Poszli więc aż za oborę. Tu o wiele słabiej było słychać krzyki gospodyni złoszczącej się o to, że nie ma na czym wywiesić prania.

- Posłuchaj, Imbirze - koziołek uznał, że przyjaciel wie jednak bardzo dużo o otaczającym ich świecie. - Nie chciałbyś kiedyś polecieć wysoko, w górę? Tam, gdzie latają ptaki? Imbir przekrzywił łeb i wywiesił jęzor z przejęcia. Pies fruwający po niebie? Toż to widok, z którego każdy by się uśmiał. 
-Oj, Feliksie, Feliksie. A po co mi latanie? Jak bym miał pilnować podwórka z wysoka? Wiesz przecież, że nie wolno wpuszczać obcych, a kurom pozwalać wychodzić na drogę? Na listonosza naszczekać. Tyle pracy, a ja mam sobie fruwać po niebie? No i widziałeś kiedyś kości obrośnięte mięskiem fruwające wysoko? Nie, zdecydowanie lepiej wolę chodzić po ziemi. Mówiąc o kościach... Pobiegł w stronę budy i wyciągnął z niej schowaną starą kość.
- Właśnie - westchnął zadowolony. - Ty też, Feliksie, znajdź sobie jakiś przysmak. Słyszałem gospodynię mówiącą, że zjadłbyś nawet starą miotłę. 

Starą miotłę? Patrzcie, państwo. A gdzie on znajdzie starą miotłę? Koziołek ruszył w obchód podwórka. Ale chociaż pracowicie zaglądał do każdego zakątka, nigdzie nie mógł znaleźć starej miotły. Jedyne, co mu się rzuciło w oczy, to nowa miotła. Stała sobie oparta o ganek, wesoło połyskując w słońcu. No trudno. Skoro nie ma starej, musi zadowolić się nową! 
Rozgryzanie nowej miotły okazało się trudnym i odpowiedzialnym zajęciem. Feliks zmuszony był użyć całą siłę swoich zębów i jeszcze przytrzymać miotłę kopytkiem, żeby wreszcie z nią sobie poradzić. Rozpadła się na mniejsze kawałki. Ale nawet one nie byłe łatwe do przeżucia. Koziołek tak był przejęty nowym zadanie, że aż zapomniał, co miał przemyśleć.

- Hi, hi, hi! - rozległo się chichotanie gdzieś tuż nad ziemią. 
- Co to za hi, hi, hi? - wymamrotał Feliks z pełnym pyszczkiem.
- To ja śmieję się z ciebie! - cieniutki głos zabrzmiał całkiem blisko.

Przeważnie jak ktoś mówi, to chociaż go widać - wyburczał koziołek zajęty wypluwaniem twardych kawałków, które utknęły mu między zębami. - To spójrz uważniej!

Koziołek zazezował ponad pracującym pyszczkiem w kierunku ziemi.
O, teraz zobaczył. Koło kija od szczotki widać było norkę. A z norki wystawał łepek całkiem małej myszki.
- To ty? - pokiwał głową ze zrozumieniem Feliks. - Poznaję cię. Jesteś myszka rozrabiara. Gospodyni od dawna szykuje na Ciebie pułapkę.
- Zaraz tam, rozrabiara! - zachichotała myszka. - Ludzie niczym nie chcą się podzielić. Parę odruchów chleba? Trochę suchego makaronu? Czy zabieram im tak dużo?
- Słyszałem, że robisz też dziury w workach z ziarnem, wyjadasz smakołyki ze spiżarni i głośno tupiesz nocami?
- Pewnie, jeszcze im głośno. Chrapią jak nie wiem co. A na drewnianej podłodze rzeczywiście słychać każdy krok. Nawet takiej małej myszy jak ja.

To brzmiało całkiem logicznie. Widać myszka, choć niewielka, swój rozum ma.
- Myszko rozrabiaro - zapytał wobec tego Feliks. - Czy masz jakieś pojęcie o lataniu?
- O lataniu? - zastanowiła się poważnie myszka. - W naszej rodzinie nie jest to zajęcie zbyt popularne. Właściwie to wcale nie latamy. Chociaż może nawet bardziej staramy się NIGDY nigdzie nie polecieć. Widzisz, mamy z tym związane złe doświadczenia.
- Nie rozumiem? - zdziwił się koziołek.
- Och, to proste. Niektóre ptaki, na przykład jastrzębie, chętnie nas zabierają na przelot w jedną stronę. Na nieszczęście, jest to nasz ostatni przelot, z lądowaniem w ptasim gnieździe. Najczęściej potem nie wracamy. Chociaż wujek Leon poleciał i udało mu się wrócić. Tak się wiercił, że ptak wypuścił go w locie...
- Tak? I co opowiadał? Podobało mu się latanie?
- Niestety, wujek nigdy nie chciał wracać do tej historii. Mówił, że potem śnią mu się koszmary - pokiwała smutno łebkiem. I nie wiadomo czemu obrażona, schowała się w norce.

Hm. Widać, niełatwa sprawa z tym lataniem. A ta szczotka do zamiatania wcale nie była smaczna. Trzeba znaleźć coś dla zmiany smaku. Feliks rozejrzał się uważnie i aż rozciągnął pysk w uśmiechu. Obok bramy rosły piękne osty. Były bardzo smaczne i tak przyjemnie drapały w gardle!
Delektował się właśnie tym przysmakiem, kiedy nie wiedzieć skąd przydreptały kaczki. Kołysały się ciężko na swych krótkich nóżkach i kręciły kuperkami. Koziołek zerknął na nie przelotnie, nie poświęcając im większej uwagi.
- Kwa, kwa, kwa, koziołku - otworzyła dziób pierwsza. - Czy mógłbyś się przesunąć? Zasłaniasz nasze przejście w płocie.

Koziołek naprawdę nie lubił, kiedy przeszkadzano mu w jedzeniu smakołyków. Burknął więc coś tylko nieuprzejmie i ani myślał ruszyć się z miejsca.
- Feliksie - zauważyła druga. - Nie możemy przejść na drugą stronę, kiedy tak stoisz przy płocie.
- Możecie wybrać dłuższą drogę - zauważył niezbyt grzecznie koziołek. - Idźcie sobie dookoła.
-Hm, hm - zakołysały się zgodnie. - Nie lubimy nadkładać drogi. Wolimy chodzić na skróty!
- Ha, na skróty! Jesteście przecież ptakami. Dlaczego nie przefruniecie nad płotem? - pochylił się ku nim i błysnął bystrze bursztynowymi oczami.

Kaczki poszeptały między sobą najwyraźniej nie wiedząc, co odpowiedzieć koziołkowi. Wreszcie uniosły pomarańczowe dzioby w jego stronę.
- To prawda, jesteśmy ptakami - przyznała pierwsza. - Ale w naszej rodzinie nie mamy tradycji pokonywania przestrzeni drogą powietrzną. Wszyscy zawsze chodzili po ziemi.
- A może spróbujecie? - zauważył podstępnie koziołek. - To chyba nic trudnego? Jak się ma skrzydła?

Tłuściutkie kaczuszki nie miały wielkiej ochoty na lotnicze popisy. Z drugiej strony jeszcze mniej chciało się im obchodzić płot dookoła. Słońce stało wysoko na niebie i było bardzo gorąco. Kiwnęły więc do siebie łebkami i próbowały pofrunąć. Bardzo się starały, ale choć naprawdę wkładały w to mnóstwo wysiłku, to tylko podfruwały w miejscu i zaraz spadały. Koziołek w zadumie przyglądał się ich popisom. Wreszcie zniechęcony odsunął się od płotu odsłaniając wąskie przejście.
- Nie, od was się latać nie nauczę - pokręcił łebkiem ze smutkiem. - Idźcie sobie dalej. 

Obrażone kaczki przepchnęły się przez dziurę w płocie i odeszły narzekając na brak dobrych manier u Feliksa. Ale chociaż ich kwakanie jeszcze długo się niosło po ogrodzie, koziołek go nie słyszał. Stał wpatrzony w niebo i się nie ruszał. Do jego uszu dochodził stłumiony warkot ogromnego ptaka przelatującego nad polem. Za jego ogonem pozostawał długi, ciągnący się po niebie, biały ślad. 
- Jak pięknie błyszczy w słońcu - zachwycał się po cichu i o dziwo, na chwilę przestał nawet przeżuwać resztki ostów. Wpatrzony w błękitną przestrzeń dał parę kroków i podskoczył przestraszony, nadeptując na drzemiącego w wysokiej trawie Imbira. Psisko otworzyło oczy i przeturlało się przez grzbiet. Usiadł i ziewnął szeroko rozciągając paszczę tak szeroko, że aż błysnęły w niej wszystkie zęby. Groźne i ... trochę niedomyte zęby. Popatrzył na niebo, popatrzył na Feliksa i wszystko zrozumiał w swej wielkiej głowie. Już wiedział, jak koziołek może latać!

Tymczasem ptaszysko coraz głośniej furkotało, warczało, aż wreszcie z wielkim rykiem zniżyło lot i całkiem zgrabnie usiadło na drodze biegnącej wzdłuż pola. Po ogromnym hałasie nastała przyjemna cisza. Bukietka, ulubiona krowa gospodyni, nawet łba nie podniosła znad zielonej trawy. W końcu to nie na jej łące wylądowało... a właściwie, to co przyleciało?
- Samolot! - zarżał wesoło Karuś, który przybiegł zwabiony hałasem. I bryknął tylnymi kopytkami.
- Samolot? - pokiwał głową Feliks. Jeżeli Karuś tak twierdzi, to znaczy, że tak jest. Przecież tak blisko pracuje z ludźmi, że musi słyszeć ich wszystkie rozmowy. 

Koziołek spojrzał na wielką maszynę zafascynowany. Właśnie z jej wnętrza wyskoczył jakiś człowiek i wesoło pogwizdując, ruszył w stronę zabudowań. Jednym słowem, do domu. Zwierzęta tylko na to czekały. Przybiegło prosię, co muchy ma w nosie. Przydreptała kura przemądrzała, a i kaczki wysunęły zaciekawione łebki z krzaków. Nawet myszka rozrabiara przybiegła, wysoko zadzierając głowę. Zresztą teraz, kiedy już przestała warczeć i robić ten okropny hałas, wielka maszyna wcale nie wyglądała groźnie. Połyskiwała w słońcu jasnym blaskiem, jakby łagodnie zapraszała zwierzęta ku sobie.
- Ihaaa! Feliksie! - Karuś pierwszy podszedł tak blisko, że mógł postukać kopytkiem w błyszczący kadłub. - To twoja szansa na spełnienie marzeń. Wejdź szybko do środka i będziesz mógł polecieć. Tam, w górę!

Koziołek przepchnął się pomiędzy drapiącym się za uchem Imbirem /Co ten pies się tak ciągle drapie?/ a Karusiem. Blaszane ptaszysko nawet nie drgnęło. Tylko z jego wnętrza dolatywały od czasu do czasu dziwne stęknięcia. Nie brzmiały wcale strasznie. Raczej tak, jakby zachęcały. Jakby mówiły ?Leć z nami, koziołku...!"
Feliks rozejrzał się po otaczających go zwierzętach. Bukietka wpatrywała się w niego wyczekująco, nie zważając na zwisający z jej pyska pęk koniczyny. Prosię zezowało zaciekawione nad różowym noskiem. Imbir machał zachęcająco ogonem. Myszka rozrabiara mrużyła figlarnie oczka, jakby chciała zapytać:
I co, nie spróbujesz?
Koziołek powoli zadarł w górę głowę. No dobrze, tylko jak dostać się do środka?
- To proste, Feliksie - zarżał wesoło Karuś. - Ustawimy się w szeregu, wszystkie większe zwierzęta. Najpierw Imbir, potem ja, na końcu Bukietka. Wskakuj na nasze grzbiety, a potem hop! Na skrzydło. Stamtąd łatwo dostaniesz się do wnętrza. Na pewno dasz sobie radę!

Jak uradzili, tak zrobili. Po grzbietach przyjaciół Feliks bez trudu dotarł do kabiny. Trochę dziwnie w niej było i nieco przyciasno. Ale wcale nie było tam strasznie. Pachniało inaczej niż na łące. Metalem, skórą i czymś, czego koziołek nie potrafił rozpoznać. Tylko nic nie nadawało się do jedzenia. A wiadomo, że nic tak nie koi nerwów jak spokojne przeżuwanie. A nerwy Feliksa bardzo potrzebowały czegoś na uspokojenie. Na szczęście na jednym z foteli leżał porzucony szalik. Z braku wyboru, można i tego spróbować. Feliks delikatnie chwycił szal zębami i delikatnie posmakował. Nie był taki najgorszy. Trochę mniej smaczny od ścierki, którą znalazł wczoraj na płocie, ale lepszy od miotły. Zadowolony wcisnął się głębiej pomiędzy siedzenia. Było ciepło, spokojnie, a głosy przyjaciół przestały docierać do wnętrza. I tak przejęty Feliks nawet nie zauważył, kiedy przymknęły mu się oczy i po prostu przysnął! Nie obudził się nawet, kiedy powrócił pilot. Nie słyszał jego okrzyków rozpędzających zgromadzone przy samolocie zwierzęta. Pochrapywał cichutko, aż fruwały końce szalika.

Raptem warknęło, furknęło! Feliks przerażony przypadł do podłogi. Jakaś ogromna siła wcisnęła go do kąta, z którego nawet nie próbował się wydostać. Zawyło, zatrzęsło i nagle poczuł, że wszystko się uspokoiło. Maszyna oderwała się od ziemi i podążyła ku górze. Feliks przeżuwał szalik coraz szybciej usiłując zachować spokój. A kiedy wszystko wróciło do równowagi, powoli otworzył jedno oko. Potem drugie. Nic złego się nie działo, więc ostrożnie wysunął głowę i wyjrzał przez okno. Prawie wypuścił z pyska szalik. Wokół niego było tylko niebo. I parę chmurek. Samolot właśnie je doganiał tylko po to, żeby pozostały za nim w tyle.

- Mee? - zdziwił się po cichu koziołek i przycisnął czoło do szyby. Teraz widział więcej. Ależ lecieli wysoko! Pod nimi ciągnęło się pole. Dalej widać było łąkę i przycupnięte przy drodze niewielkie domy. A przed jednym z nich... Czy to nie Karuś, Imbir i reszta przyjaciół? 
- Meee! - zameczał radośnie. - Meee! Patrzcie tu, do góry! 

Samolot drgnął raptownie i prawie fiknął koziołka! Przestraszony pilot obejrzał się gwałtownie i nieomal puścił stery! Zza jego fotela wystawała kozia głowa z wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczami i jego własnym szalem znikającym w dużych zębach! Patrzyli na siebie w osłupieniu. Nagle pilot wybuchnął śmiechem.
- A to mi się trafił pasażer! Skąd się tu wziąłeś, koziołku?
- Feliks wiedział, że to niegrzecznie mówić z pełną buzią, więc tylko mrugał wyjaśniająco oczami.
- Ach tak, przyjacielu? Chciałeś trochę polatać? - zrozumiał go pilot. - Wiesz, ja też to bardzo lubię robić. Możemy się zaprzyjaźnić i razem odbywać podniebne wycieczki. Co ty na to?

Ach, to było więcej niż Feliks mógł kiedykolwiek oczekiwać. Nie tylko spełnił swoje marzenie, ale jeszcze znalazł nowego przyjaciela! Bo pilot i koziołek bardzo się zaprzyjaźnili. Pilot chętnie zabierał Feliksa na nowe wycieczki. I jeszcze mu sprawił czapkę - pilotkę. Ze specjalnymi otworami na kozie rogi. Bardzo przypadła koziołkowi do gustu. Nie pozwalał jej sobie ściągać. Poza tym dzięki niej cieszył się dużym szacunkiem wśród przyjaciół. Nie każdy może mieć przecież za przyjaciela koziołka - pilota!

Ewa Marcinkowska-Schmidt

Zobacz również:
Komiksy
Gry
Kolorowanki
      © copyright 2012 by Ascensia Diabetes Care Poland sp. Z o.o.    •     Warunki ogólne    •     Polityka prywatności    •     Podpis wydawcy    •     Ostatnia aktualizacja: 4.01.2016